Emocje Maxa Müllera rosły z każdą godziną pozostałą do koncertu Take That. Nie będąc zbyt religijnym, modlił się żarliwie o spotkanie z człowiekiem, który dał mu życie, choć nie miał zielonego pojęcia o jego istnieniu.
Był kwadrans po północy a on, rozpierany „kosmiczną” energią, ani myślał iść spać… jego matka najwidoczniej tak samo – stwierdził na widok światła padającego na korytarz przez uchylone drzwi jej sypialni. Zapukał.
- Proszę – zawołała serdecznie.
Mimo późnej pory siedziała przed komputerem, co, choć sprzeczne z jej zasadami zdrowego stylu życia, w danej sytuacji było jak najbardziej zrozumiałe - rankiem, skoro świt, jechali do Kolonii.
- Rozmawiasz z Anną? – spytał.
- Między innymi – odparła wesoło. Przetarła nieco zmęczone oczy i czule popatrzyła na ukochanego jedynka. – Laura śpi?
- Właśnie zasnęła – uśmiechnął się błogo. – Mój słodki anioł – dodał z rozmarzeniem.
Sara cieszyła się szczęściem syna.
- Max… - nagle zmieniła ton na poważny. – Ja nadal uważam, że to nie jest najlepszy pomysł…
- Mamo… – skrzyżował ręce na piersiach.
- Jak ty to widzisz? – spytała.
- Co?
- Twoje ewentualne spotkanie z Jas... znaczy z twoim ojcem…
Usiadł w fotelu naprzeciwko matki i nerwowo przeczesał palcami włosy.
- Jeśli mam być szczery, to sobie tego w ogóle nie wyobrażam… - westchnął ciężko. – Ja muszę, rozumiesz, mu-szę się z nim spotkać! Teraz albo nigdy!
- A jak się nie uda?
- Co się nie uda?! – zaprotestował.
Sara położyła palec na ustach.
- Laura śpi – upomniała syna.
- Anna ma wtyki – wzruszył ramionami. - Na sto pro coś wykombinuje. Sama wiesz najlepiej, jaka jest sprytna…
Pani Müller westchnęła ostentacyjnie, przewracając oczami. Max znał ten wyraz na pamięć – pora na zmianę tematu.
- Mamo… - zagaił nieśmiało. – A ty? Nie boisz się?
Nie umiała udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
- Poniekąd…
Odkąd syn Sary Müller poznał prawdę o swoim pochodzeniu, myśl o potężnej sile charakteru matki stała się niemal jego obsesją. Podziwiał tę kobietę i czcił za to, że przez tyle lat mistrzowsko kamuflowała swoje emocje. Jak udało jej się nie zwariować ilekroć usłyszała w radiu piosenkę Take That?
- Sama nie wiem – wzruszyła ramionami. – Babcia mówi, że mam nieprzeciętnie rozwinięty instynkt samozachowawczy. Zresztą… - zagryzła wargę, próbując powstrzymać łzy. – …zawsze byłeś moim i tylko moim synem. Jason zaledwie uczestniczył w twoim poczęciu. Za fasadą tego czarującego, seksownego chłopaka z plakatu stoi facet z krwi i kości, z lękami i kompleksami nieobcymi żadnemu człowiekowi. Dał ci życie, wbrew własnej woli… Równie dobrze mógł to być kolega z Francji czy inny, pokątnie poznany przystojniak…
Chłopak kiwał głową w geście sprzeciwu.
- Mamo! – przerwał wzburzony. – Nie uważasz, że to dość – wymownie odchrząknął – egoistyczne?
Sara spuściła wzrok, bezradna w obliczu tego oskarżenia.
- Pan Orange nie musi mnie zaakceptować, ale winien znać prawdę – oznajmił Max. - To jego niezbywalne prawo, czyż nie?
Przytaknęła ze smutkiem.
- Widzisz, synku… - westchnęła. – Gdyby to było takie proste jak się wydaje. Nawiązanie kontaktu z Jasonem nie byłoby problemem, tylko… Przypuszczam, a właściwie jestem pewna, że najpierw spławiłby mnie, uznając za łowczynię alimentów… Wiem, co mówię, kochanie. Takie sprawy to mój chleb powszedni. Biorąc pod uwagę popularność i pieniądze twojego ojca, nie obyłoby się bez skandalu. Padłabym ofiarą medialnej nagonki, która zatrułaby życie całej naszej trójki, a najbardziej twoje… - wzdrygnęła się. – Nie chcę wiedzieć, jakby się to skończyło…
Wzruszony od łez uściskał matkę i złożył pocałunek na jej czole.
- Jesteś wspaniała – rzekł. – Dziękuję za wszystko.
***
- Piękny koncert, prawda? – spytała Anna w przerwie między piosenkami.
- Cudowny – odparła Sara, tyleż wzruszona co zdenerwowana.
Anna ujęła dłoń starszej koleżanki. Z nietypową dla siebie powagą popatrzyła na nią w milczeniu. Sara odwzajemniła wymowne spojrzenie. Wyglądała wprost nienagannie, jak z żurnala - tylko najbliższa przyjaciółka dostrzegłaby olbrzymie pokłady stresu towarzyszącego jej tej niezwykłej chwili.
- Dasz radę, moja droga – Anna ucałowała Sarę i ulotniła się z sali. Przekonana o słuszności swojej misji, nie żałowała straconej połowy koncertu ani spotkania z ukochanym zespołem. Wręcz przeciwnie – wierzyła, że dzięki swojemu uczynkowi jej idole wkrótce zasilą grono jej bliskich znajomych.
Wybiegła z budynku i skierowała kroki na parking, gdzie czekał zniecierpliwiony Max.
- Proszę – przekazała chłopakowi wejściówkę.
Wyściskał przyjaciółkę matki… odtąd również jego przyjaciółkę.
Anna mogłaby porównać swoje uczucie do dumy z wynalezienia lekarstwa na raka…
- Dosyć tych czułości – powiedziała ze łzami w oczach. – No idź już, idź… To twój wielki dzień, mój chłopcze…
***
Nic się nie zmieniłaś – do głowy Jasona uderzyła fala gorąca. Gdyby był kobietą, tłumaczyłby swój stan początkami klimakterium… Dougie na pewno dokonałby takiego porównania. To takie w jego stylu…
Wysoka brunetka z włosami upiętymi w kucyk, w niebieskim T-shircie z logiem Take That wystającym spod czarnego żakietu i dopasowanych jeansach podkreślających nienaganną sylwetkę, uśmiechała się z wdziękiem podlotka.
- Sara, bardzo mi miło.
- Jason – uściskał aksamitną dłoń ciemnowłosej piękności. – Cała przyjemność po mojej stronie.
BY THATTERKA







